Jako że mój małżonek przyniósł mi łaskawie komputer do szpitala mam trochę czasu na nadrobienie zaległości
Jestem już po operacji - udało mi się ją mieć dzięki dobrej wolej wielu ludzi w szpitalu bielańskim.
Wycięto mi całość czyli tarczycę węzły chłonne centralne i boczne prawe. Niestety też 5 nerwów :(
Że niby były zaplątane w węzły i zmiany nowotworowe.
Na początku się bardzo tym zdenerwowałam bo nie mam czucia w 1/4 twarzy i wystąpił zespół Hornera.
I jakoś nikt nie kwapił się w szpitalu by mi to jakoś wytłumaczyć, ale na dzień dzisiejszy już się powoli przyzwyczajam.
Mam już również wyniki badania histopatologicznego niestety tak jak przypuszczano
nowotwór złośliwy brodawkowaty typ pęcherzykowaty.
Z przerzutami do wszystkiego co wycieli. Trudna do przełknięcia prawda.
Operacja była 14.10 po tygodniu mnie wypuścili, po 5 dniach wróciłam z gorączką 40 stopni nie wiadomo od czego ale antybiotyk dali i przeszło.
A teraz w piątek okazało się że moja córka śpieszy się na świat i leżymy na patologii ciąży :(
plusem jest to że przy okazji podali mi Dexaven na rozwój płucek u naszej Tereski, bo ze względu na rozwój nowotworu pewnie poród zostanie przyspieszony. Ale to musi zdecydować onkolog. A wizytę mam w poniedziałek. Niestety prywatnie ale ufam że jednorazowo.
Więc teraz leżę i coraz bardziej przywykam do szpitalnego życia, jeszcze trochę w nim spędzę. Najtrudniej jest teraz mojej drugiej połówce, nie wiem jak mu pomóc. Został sam z Frankiem ja jestem dla niego mało czuła, na co on strasznie narzeka. A ja po tych wszystkich szpitalach mam taką awersję do bliskości nawet najmniejszej. I on nie ma skąd czerpać bo żona zawsze była taka ciepła i milutka, a tu ma kolce. a z drugiej strony tak mi brakuje tych iskierek miłości do mnie w jego oczach, widzę pustkę i zmęczenie. Ufam że to przejściowe ale i tak mi go szkoda. Ja niestety od ponad 10 lat mam zdiagnozowaną depresję, nauczyłam się z nią żyć dzięki dobrym psychologom i pracy nad sobą, ale teraz w komitywie nowotwór plus depresja przytłacza to mnie strasznie i powoduje że się zamykam i nie widzę ani sensu dalszego życia ani wizji ja zdrowa. Pomimo skarbu największego jaki jest Franek i ta malutka 1200g Tereska. Pocieszam się że wiem że to u mnie cyklicznie się pojawia i potem jest lepiej. Ale nie mam już skąd czerpać by wspierać tego ukochanego najmilszego i najdroższego. A może są tu młodzi mężowie którzy mają żony walczące? Może to by mu pomogło - kontakt z ludźmi którzy którzy wiedzą jak to jest od środka? Ja widzę jak bardzo was potrzebuję i jestem wdzięczna że jakimś cudem was znalazłam
Kończę Asia